Głosy paszczą do przemyślenia Mariusz Wiatrak 2008-01-02, ostatnia aktualizacja 2008-01-02 18:59 Ani to rock, ani muzyka klasyczna, jazzu też jak na lekarstwo, a zamiast śpiewu wolą wydawać - jak to sami nazywają - głosy paszczą. Krakusy z zespołu Gargantua. W czasach, kiedy w Polsce na gwałt poszukuje się jakiejś rodzimej gwiazdy indie rocka, a w naszym lokalnym wydaniu drugiej Ewy Demarczyk (z marnym zresztą skutkiem), znalazło się w Krakowie paru gości (a od niedawna również "gościówa": do zespołu dołączyła bowiem skrzypaczka i dziennikarka "Metal Hammera" w jednej osobie Tylda Ciołkosz), którzy postanowili grać tak niemodny dzisiaj gatunek muzyczny jak rock progresywny. Zresztą samym zainteresowanym zdarza się zaprzeczać. - Właściwie nie wiemy, czy to, co gramy, to jeszcze jest rock progresywny, czy jakiś postprog. Ktoś nawet nazwał naszą muzykę rockiem intelektualnym z elementami fusion - opowiadają muzycy. Zaraz dodają: - Tak czy inaczej muzyka jest oryginalna i kładzie raczej nacisk na element intelektualny niż emocjonalny w odbiorze. Nawiązując do klasyki, raczej Strawiński niż Beethoven. Zadebiutowali płytą o takim samym tytule, jak się nazywają - "Gargantua". Na swoim drugim z kolei krążku "Kotegarda" umieścili 10 kompozycji. Niektóre bardzo długie (niemal 10-minutowe "Gargulce"), inne zupełnie odwrotnie (tytułowe miniatury trwają po kilkadziesiąt sekund). Chwilami słychać dużo nawiązań do klasyki progresywnego rocka, ale są też mocno jazzowe dźwięki (zwłaszcza kiedy na plan pierwszy przebijają się skrzypce Ciołkosz), a nawet sporo eksperymentalnej jak na zespół rockowy elektroniki. Nie brakuje też oczywiście momentów żywcem wziętych z klasyki i to niemal w sensie dosłownym - utwór "The Augurs of Spring (Dances of the Young Girls)" to już ewidentne nawiązanie do "Święta wiosny" Igora Strawińskiego. A że jest to bardzo oryginalne, bo z pulsującym nowofalowym basem i mocno przesterowaną gitarą, to już inna historia. Od razu słychać, że inspiracje muzyków z Gargantui sięgają niemal każdego gatunku muzycznego i nie straszna im żadna estetyka. Jednocześnie potrafią je przerobić na kawałek smacznie przez siebie podanej muzyki. Jak na mój gust ta pozycja spokojnie mogłaby się znaleźć w katalogu wydawnictwa głównego nurtu - takie zespoły, jak The Mars Volta, Tool czy Coheed and Cambria są wydawane w końcu przez wielkie wytwórnie. Gargantua mogłaby zagrać również obok znanych jedynie garstce melomanów jazzmanów na scenie w Alchemii i specjalnie ich swoją propozycją muzyczną nie zgorszyć. Członkowie zespołu woleli jednak wziąć sprawę w swoje ręce: "Kotegarda" to dopiero druga pozycja grupy, ale też młodziutkiego krakowskiego wydawnictwa Roadkill Music prowadzonego właśnie przez Ciołkosz. Z całkiem niezłym skutkiem - płyty naszych krakusów są częściej recenzowane za granicą niż w kraju. To dopiero powinno dać tym naszym specjalistom od muzyki do myślenia.